Są takie dwa filmy, do których mam duży sentyment. To „Kogel-Mogel”, który mogę oglądać w zapętleniu bez końca. I pierwsza część „Listów do M.”. To właśnie w niej Maciej Stuhr (a raczej jego bohater) pracujący w radiu mówi słowa, które już ponad dziesięć lat noszę w sercu: „Nigdy nie wiesz, kiedy miłość przyjdzie. Oczywiście nie można o niej za dużo myśleć, bo wtedy właśnie nie przyjdzie. Ale w końcu to się stanie. I stanie się jasne, że warto było marzyć. I czekać”.
I chociaż mogłabym je wyrecytować z pamięci obudzona w środku nocy, to jakoś czasem trudno było mi w nie uwierzyć, szczególnie po ostatnim rozstaniu.
Koniec mojego sześcioletniego związku był dla mnie bardzo trudny. Z jednej strony – nie czułam się w nim dobrze, z drugiej – nie potrafiłam odejść. Bo chociaż zdarzało się, że bałam się do mojego byłego chłopaka odezwać, to jednak to oraz wiele innych zachowań było mi znanych. A ja – wbrew pozorom – zbudowałam sobie w tym wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Brzmi absurdalnie? No wiem. Dla mnie też.
Nowe fundamenty
Gdzieś tam rozumiałam oczywiście, że ten związek nie jest dla mnie dobry, że najlepiej będzie go skończyć. Ale miałam w sobie też ogromny lęk – że będę sama, że nie dam sobie rady, szczególnie teraz – kiedy choruję na depresję. Nie widziałam żadnej nadziei na to, że mogę poznać kogoś innego, że jeszcze mogę być w związku szczęśliwa. Jak w tych wszystkich filmikach na TikToku – zwyczajnie nie chciało mi się znów odpowiadać na pytanie „Jaki jest twój ulubiony kolor?” i zaczynać wszystkiego od nowa. Zresztą – wydawało mi się, że nie mam nawet na to sił. Bo w tamtym roku po śmierci bliskich mi osób, wyjeździe najlepszego przyjaciela, nowotworze u drugiego i mojej historii z depresją – miałam już zupełnie dość odnajdywania się w życiu, które straciło jakiś fundament.
Ale przez cały ten czas byli ze mną moi rodzice i przyjaciele. Nie zliczę, ile rozmów przeprowadził ze mną Mateusz i Sandra. Nie zapomnę skręcania fotela do nowego mieszkania, dużego wieszaka i ogarniania jeszcze kilku innych rzeczy z oblatami. I pierwszych powrotów pod nowy adres, kiedy nie musiałam się bać, co tam zastanę. Nie mam samochodu, nie miałam sił i nadziei. A oni mieli to wszystko i przeszli przez te kilka miesięcy ze mną. Tak samo jak Gosia, Artur, Sławek, Tomek…
Pisze i znika
No właśnie Mateusz, Karol, Artur, Sławek, Tomek. Trochę tych chłopaków jest w moim życiu, nie? Bardzo się z tego cieszę. Z tym że każdy z nich ma po nazwisku trzy literki, a przyszedł taki moment, że znów zaczęłam wierzyć, że mam szansę poznać chłopaka, z którym tym razem na pewno wszystko się uda, który będzie dobry, który zrozumie mnie i moją historię. No i… się zaczęło!
Był Tinder i Facebook Randki. I – o ludzie drodzy! – jakie atrakcje, porażki i ile wylanych łez. Chociaż jak dzisiaj o tym wszystkim pomyślę, to zwyczajnie chce mi się śmiać. Z tego chłopaka, który najpierw dużo ze mną pisał, a później stwierdził, że ma dużo pracy i zniknął. Z tego, który mówił na spotkaniach, że nie jest gotowy na związek, a później zadzwonił z radosną nowiną, że ma dziewczynę. Z tego, który napisał do mnie po mojej modlitwie o dobrego męża i bardzo chciał się spotkać, no ale przestraszyło go to, że mam depresję. Z tego, który zapytał, czy widzę w nim bardziej kandydata na partnera czy kolegę i nie odpisywał przez trzy dni po mojej odpowiedzi, że jednak partnera, po czym dostałam wiadomość „W sumie to może skończyć się w łóżku, a nie musi”. Z tego, który planował ze mną zamieszkać, a później napisał, że był na imprezie i jednak woli poznawać jeszcze inne dziewczyny. I nawet z tego, który powiedział mi, że nawet zabić się nie potrafię. I trochę też chce mi się śmiać z siebie. Ale tylko trochę. Bo każdego z tych ludków przerobiłam na terapii, historia z każdym z nich w jakiś sposób mnie dotknęła. Ale jednocześnie pomogła mi też bardziej odkryć siebie, swoje obawy i to, jak mimo wszystko trudno mi jest dziś komuś zaufać.

Jak wyczaić gościa na Tinderze
Gdzieś tam, jeszcze w listopadzie, na Tinderze pokazał mi się chłopak, który bardzo mi się spodobał. Miał na koszulce numer startowy z biegu, więc mając nieco dziennikarskiej czujności – wpisałam nazwę biegu, te trzy liczby i cyk – miałam jego nazwisko, a jeszcze się okazało, że mamy wspólnych znajomych na Facebooku i mieszka niedaleko mojej rodzinnej miejscowości. „Świetnie!” – pomyślałam, dałam go w prawo i czekałam na parę z nim. No i się naczekałam. Bo sparowało nas dopiero na Facebook Randki, niemal trzy miesiące później, gdy nieco zrezygnowana znów dałam mu serduszko.
Już dzień później po tym serduszku napisałam do niego jakże niesamowite słowo na podryw, czyli: „Cześć”. Po tym słowie było jeszcze wiele innych. I moja historia, przed której opowiedzeniem bardzo się stresowałam. Bo zdawałam sobie sprawę, że to tak zwyczajnie mogło być dla kogoś „za dużo”. Ale dzisiaj jest szczęście, uczenie się siebie nawzajem i bycia w dobrej relacji, w której się rozmawia, wspiera i daje sobie przestrzeń na swoje pasje. Nie jesteśmy długo razem. Nie mam złotego przepisu na związek. Chciałam tylko Wam powiedzieć, że Maciej Stuhr miał rację i że nawet te dziady (i dziadówy) z Tindera mogą nas czegoś o sobie nauczyć.
Może teraz łatwo mi to pisać, gdy jest Bartek. Ale ja też miałam chwile zwątpienia i te wspaniałe myśli „Już na pewno do końca życia będę sama” albo „Sami palanci na tym Tinderze i Facebooku” (bez obrazy xD). A tu niespodziewanka! W momencie, w którym nie byłam przerażona mając w perspektywie spędzenie dnia zupełnie sama, w momencie, w którym wykonywałam dużą pracę nad tym, by wyzdrowieć i w którym jakoś tak na nowo zaczęłam wracać do moich pasji, które przez chorobę i trudne sytuacje w życie zupełnie porzuciłam, ktoś taki wiecie „wymarzony” odpisał na moje „cześć”. Nie powiem, że wtedy nagle moje życie nabrało barw, że tylko z tą drugą osobą ma sens, a bez niej nie, że depresja minęła, bo pojawiła się miłość. Ale powiem jedno. Że warto było marzyć. I czekać.
Żeby nie było za poważnie
To pięć śmieszkowych faktów o nas:
- Bartek biega. Ja dzięki niemu też zaczęłam. Ale na razie nasze tempo tak się różni, że czasem trudno mi go wyprzedzić nawet rowerem.
- Mamy psa Dextera (to znaczy trochę bardziej ma Bartek), który ma jakieś zapędy kosmetyczne, bo uwielbia mnie gryźć po paznokciach.
- Kocham spanko, a Karolina może spać 3 godziny i będzie lepiej funkcjonować niż ja po 10 (to od Bartka xD).
- Jak wiecie (a może nie wiecie) – uwielbiam prać i kupować płyny do płukania i czasem dostaję je od Bartka bez okazji i to najlepszy prezent, jaki może być na świecie!
- Oboje jesteśmy czasem gapami. Na przykład potrafimy szukać kluczy, które przez cały czas poszukiwań Bartek trzyma w ręce.

Kocham pana, panie Bartku! <3
