Jak wydać książkę samemu? Moja historia

Rok temu o tej porze doskonale bawiłam się na weselu mojej kuzynki. I gdyby wtedy ktoś powiedział mi, że dziś będę mogła trzymać już w rękach swoją drugą książkę, to nie powiedziałbym mu nic innego, jak właśnie to, że ma stuknąć się w głowę.

Wszystko dlatego, że rok temu miałam napisane dopiero 30 stron „Pachniesz imbirem”. I to nie tak, że nie chciało mi się pisać albo że nie miałam pomysłu. Jakoś każdy dzień nie był tym odpowiednim, by znowu otworzyć tego Worda. Ale widocznie potrzebowałam tej przerwy. Bo później w końcu znalazłam w sobie tyle motywacji, by 6 stycznia postawić ostatnią kropkę na jednej z kilkuset stron tekstu.

O tym, dlaczego tym razem zdecydowałam się wydać książkę sama napisałam już tutaj. Tym razem jednak chcę wam opowiedzieć o procesie wydawniczym. Chociaż, jeśli ktoś obserwuje mnie na Instagramie, to mógł cały ten intensywny czas w moim życiu śledzić na bieżąco. Bo właśnie z pomocą moich obserwatorów podejmowałam te najważniejsze decyzje.

Czy dam radę sama wydać książkę?

Z tym jednym pytaniem w głowie chodziłam bardzo długo. Bo nie byłam pewna, czy dam radę sama wydać książkę. Poza tym pozostawała też kwestia jej sprzedaży. I zupełnie nie pomagała mi w tym pandemia, która uniemożliwiła spotkania autorskie, na których to udało mi się sprzedać niemal cały nakład „Ale arbuza!”.

Było dużo czytania o procesach wydawniczych, była grupa na Facebooku, niewystarczające (jak wtedy myślałam) nakłady finansowe i naprawdę dużo niepewności. Ale w końcu podjęłam decyzję, że idę! A poszłam do pokoju obok w mojej pracy zapytać kolegę grafika, czy nie chciałby zająć się wydaniem mojej książki. Jakiś czas po tym jednym pytaniu było też spotkanie. A po nim telefon do przyjaciela i do rodziców, że wydaję książkę. I to już za chwilę!

Jeszcze tego samego dnia zatelefonowałam (chociaż ciśnie mi się tutaj na klawiaturę słowo zadzwoniłam, jednak wiem, że jest nie do końca poprawne) do drugiego kolegi z pracy – Huberta zajmującego się korektą. Była połowa kwietnia. A Hubert zgodził się skończyć korektę do końca miesiąca.

Sesja na okładkę książki i… pożyczona kamizelka

Ale koniec miesiąca nie był tylko tak bardzo wyczekiwany przeze mnie z powodu końca prac Huberta. Wtedy też robiliśmy, a właściwie to Sebastian robił sesję na okładkę „Pachniesz imbirem”. Bo wymyśliłam sobie, że ma na niej być Paweł, który udzielał mi konsultacji do książki, a który prywatnie jest dla mnie bardzo ważną osobą. Wcześniej oczywiście musiałam go przez kilka tygodni namawiać do mojego pomysłu, ale w końcu się udało! Paweł opierał się więc o futrynę drzwi, która na okładce miała być ścianą dzielącą go i kupionego z banku zdjęć kleryka. W tym miejscu bardzo dziękuję też firmie Kabapol, która wysłała nam do zdjęć prototyp kamizelki. Niestety ze względu na pandemię nie udało się uszyć tej zamówionej przez Pawła na czas, jednak po mojej „małej interwencji” kamizelka została nam wypożyczona.

I tak w maju prace nad książką rozpoczął Sebastian. Najpierw dostałam do wybrania kilka wersji środków – musiałam podjąć decyzję co do rozmiaru i rodzaju czcionki. Później Seba wszystko dokładnie wymierzył (co dla mnie jest czarną magią!) i „wlał” tekst po pierwszej korekcie.

Wnętrza mojej książki dostałam wraz z pierwszą wersją okładki. Na jej pierwszej stronie było wtedy zupełnie inne zdjęcie niż teraz. Na początku wybrałam bowiem dziewczynę jadącą z psem w koszyku, fotografia ta znajdowała się w ramce, a całe tło było białe. I chociaż wcześniej ten pomysł wydawał mi się świetny, to czegoś mi w tym wszystkim brakowało. Spędziłam więc długie godziny przeglądając banki zdjęć, by wybrać to jedyne. A później na kartce papieru rozrysowywałam sobie różne pomysły na okładkę „Pachniesz imbirem”. Na tyle, na ile umiałam, opisałam więc Sebastianowi, co dokładnie mam na myśli. I 2 czerwca, w moje urodziny jeszcze przed budzikiem (a miałam nastawiony na 5.20, jak zawsze, kiedy zaczynam dyżur o 7) na moim mailu pojawiła się okładka. Nie wiem, jak jest to możliwe, ale mimo że zawsze mam wyciszony telefon, to w momencie przyjścia wiadomości obudziłam się. Otwarłam plik i… polały się łzy wzruszenia. W środku nocy ryczałam jak bóbr, bo zobaczyłam okładkę swojej drugiej książki. Wymarzoną okładkę!

Kilka dni później zaczęła się też kolejna korekta mojej książki, tym razem już na wydruku. Razem z Hubertem przeglądaliśmy więc te prawie 300 stron w poszukiwaniu każdych dwóch kropek zamiast trzech i wszystkich podwójnych spacji. Po wprowadzeniu zmian przez Sebastiana po raz kolejny czytałam całą książkę i sprawdzałam wszystko, już sama. Ze względu na sesję i pracę miałam wtedy bardzo intensywny czas, więc tę ostatnią korektę robiłam już nocami. Na szczęście udało mi się ją w miarę szybko skończyć i wysłać książkę do drukarni.

Jak znaleźć dobrą drukarnię

Miałam kilka lat, kiedy w telewizji pojawił się program „Dico relax”. Co niedzielę tańczyliśmy więc z tatą do prawdziwych (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało) hitów. A piszę o tym nie bez powodu. Bo właśnie takim hitem był dla mnie wybór drukarni. Po pierwszych wycenach, które dostałam, pierwszy raz odkąd ruszyliśmy z całym procesem wydawniczym, pomyślałam, że książki nie będzie. Ceny były kosmiczne nawet za najzwyklejszy biały papier i druk offestowy. A że takiej wersji nie chciałam, tego byłam pewna już od początku.

Nie powiem, że walczyłam, jak lew, bo nie wiem, co w tym wypadku musiałabym zrobić. Ale na facebookowej grupie zrzeszającej pisarzy i wydawców znalazłam wiele dobrych opinii o Drukarni Totem z Inowrocławia. Postanowiłam więc napisać do nich maila z moją wymarzoną specyfikacją. Następnego dnia dostałam wiadomość z wyceną. A wraz z nią przyszło zdziwienie. Bo ostatecznie za kremowe kartki, druk cyfrowy, okładkę ze skrzydełkami i z drukiem 3D zapłaciłam dwa razy mniej niż proponowały wcześniejsze drukarnie. Poza tym druk „Pachniesz imbirem” trwał tylko półtora tygodnia i znów mogłam trzymać swoje marzenie w rękach!

Kto o tym wie?

O tym, ile miałam pomysłów na książkę wie tylko Sebastian. O tym, jakie zrobiłam błędy podczas pisania wie tylko Hubert. O tym, jak długie miałam przerwy w czasie pisania wie tylko Paweł. O tym, jak uparłam się na komentarz psychologa i jak udało mi się znaleźć Asię wie tylko Sandra. O moich nerwach i stresie wiedzą tylko rodzice. O moim wątpliwościach związanych ze sprzedażą wie tylko Maks. O tym, że jest we mnie rzeczywiście więcej siły niż mi się wydaje wiem tylko ja. Ale już o tym, że mam 23 lata i drugą książkę wydałam sama wie już każdy, kto przeczytał ten wpis.

 

Kilka ważnych informacji

  • Z Sebastianem grafikiem można skontaktować się tutaj 
  • Drukarnia Totem – https://www.totem.com.pl/
  • Korekta – Hubert Piechocki
  • Moją książkę kupisz TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *